niedziela, 6 września 2015

Od Feitana c.d. Shane'a

- To jest łatwiejsze niż ci się wydaje. - Uśmiechnąłem się pod nosem i uniosłem rękę do góry. Z rękawa koszuli wyleciało kilkanaście małych ptaszków. U nóżek miały kawałek zapisanego papieru. - Chyba zmienię zawód na magika... Nie o tym chciałem, jak się zaprasza to robi się to z klasą. - Odwróciłem się do pana Promyczka i rozejrzałem się. Przydałoby się zajrzeć do jakiś sklepów, w końcu co to party bez jedzenia? Jeszcze miejsce tego party... Wsadziłem ręce do kieszeni i zacząłem szukać czegoś ciekawego. Jest, znalazłem klucze do domu. Nie za często tam bywam, ale trzeba w coś pieniądza zainwestować. Z tego co pamiętam niedaleko niego jest jakiś super-ultra-mega sklep. Czym prędzej ruszyłem, nawet nie zważałem na to czy mój współorganizator idzie, czy nie. Teraz liczyło się by zrobić zakupy w trybie natychmiastowym. W końcu impreza ma się odbyć dzisiaj, a jest już... Późno, zaraz słonko wstanie i zacznie delikatnie ogrzewać nasze poliki. Zadowolony wbiłem do sklepu i wziąłem koszyk na zakupy. Cudowny kolor... Zgniła zieleń, idealny. Dałem wolną rękę Promyczkowi, w końcu ja już jestem trochę nie ogarnięty w tych całych imprezach. Zdam się na jego wybory. Najwyżej to będzie najgorsze party jakiekolwiek kiedy się odbyło. Mężczyzna spokojnie wybrał produkty najwyższej jakości i razem ruszyliśmy w stronę kasy. Chciał już wyciągać swoje oszczędności, zatrzymałem go jednak gestem moich rąk. Z kieszeni wyciągnąłem swój portfel i zapłaciłem. Kiedy wyszliśmy ze sklepu, dziwnie na mnie spojrzał.
- Nie mam pieniędzy na restauracje, zakupy w spożywczaku to co innego - zaśmiałem się.
Poprowadziłem do swojego domku, następnie otworzyłem drzwi. Zdziwiłem się kiedy zauważyłem jaki panował tam bałagan. Po chwili zauważyłem, że mój dobry kumpel jeleń sobie leży na kanapie jak gdyby nigdy nic. Czyli już było tu jakieś party... Tak beze mnie? W moim własnym domu? O nie, dość tego! Odłożyłem zakupy na podłogę. Idąc w stronę jelenia podciągnąłem sobie rękawy koszuli. Następnie chwyciłem zwierza i wyniosłem na dwór. To szybko zrozumiało o co chodzi i pobiegło w stronę lasu. Otrzepując się z niewidzialnego kurzu, kilka razy odchrząknąłem. Shane w końcu zaklaskał w dłonie i powiedział "brawo". Dobrze, że nie musiałem mu tłumaczyć, iż ma mnie pochwalić. W końcu ludzie, którzy są chwaleni pracują lepiej. Machnąłem do niego ręką by poszedł do kuchni, jedzenie samo się nie przygotuje, a ja to wolałbym posprzątać. Do syfu zapraszać innych... Tak nie wypada. Przygotowałem worek na śmieci i zacząłem wszystko zbierać. Na całe szczęście był to sam papier; podarte gazety, rozrzucony papier toaletowy i tak dalej. Zostało tylko poodkurzać i przetrzeć podłogi. Otworzymy okna to i się przewietrzy. Uśmiechnąłem się sam do siebie, byłem zadowolony ze swojego planu. Pan Promyczek uwinął się z przekąskami i przyniósł je do salonu. Po chwili usłyszałem dzwonek do drzwi. Pierwsi goście już są. Oczywiście musieli to być bogowie imprezy, bóstwa czegoś tam. Oni to lubią chodzić na takie party i zaliczają wszystkie po kolei, przynajmniej po jednym razie... Klepnąłem Promyczka po ramieniu i uśmiechnąłem się.
- Zaczyna się nasze party!

Shane?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz